środa, 17 maja 2017

Epilog

Jesień nadeszła tego roku niespodziewanie. Poranek pierwszego dnia września był rześki i złoty jak jabłko, a opary z rur wydechowych i oddechy przechodniów skrzyły się w powietrzu jak pajęczyny, gdy przechodzili przez hałaśliwą ulicę, kierując się w stronę poczerniałego od sadzy, wielkiego budynku dworca. Dwie wielkie klatki grzechotały na szczycie wyładowanych wózków, które pchali rodzice, a zamknięte w nich sowy pohukiwały z oburzeniem. Rudowłosa dziewczynka wlokła się smętnie za braćmi, ściskając rękę ojca.

- Już niedługo i ty pójdziesz do szkoły - pocieszył ją Harry.

- Tak, za dwa lata - jęknęła Lily. - Ja chcę teraz!

Lily mimowolnie uśmiechnęła się promiennie.

Ludzie rzucali zaciekawione spojrzenia na sowy, gdy cała rodzina przepychała się przez tłum w kierunku bariery między peronami dziewiątym i dziesiątym. Poprzez otaczający ich zgiełk dobiegł Harry’ego głos Albusa: jego synowie znowu powrócili do sprzeczki, którą rozpoczęli w samochodzie.

- Harry ma gest – zauważył Regulus.

- Ja nie chcę! Nie będę w Slytherinie!

- James, znowu zaczynasz? - skarciła syna Ginny.

- Ale fajnie! - zachwycił się Rogacz. - Czuję się zaszczycony!

- Ja tylko powiedziałem, że on może tam trafić - odrzekł James, szczerząc zęby do młodszego brata. - Przecież to nic strasznego. Może być w Slyt...

Urwał, napotkawszy spojrzenie matki, i zamilkł. Stali już przed barierą. James zerknął trochę wyzywająco na młodszego brata, chwycił za rączkę wózka, który do tej pory pchała matka, i popędził z nim prosto na barierkę. Chwilę później zniknął.

- Ale będziecie do mnie pisali, co? - zapytał natychmiast Albus, wykorzystując czasową nieobecność brata.

- Codziennie, jeśli chcesz - odpowiedziała Ginny.

- Nie codziennie - odparł szybko. - James mówi, że większość uczniów dostaje od rodziców przeciętnie jeden list na miesiąc.

- W zeszłym roku pisaliśmy do Jamesa trzy razy w tygodniu - powiedziała Ginny.

- I nie musisz wierzyć we wszystko, co on ci opowiada o Hogwarcie - wtrącił Harry. - Twój brat lubi sobie pożartować.

Syriusz się zaśmiał. - Ciekawe dlaczego? - zakpił z Jamesa. Rogacz pokazał mu język, na co drugi huncwot nie został mu obojętny.

Wszyscy czworo złapali za rączkę wózka i ruszyli naprzód, nabierając szybkości. Gdy byli już przy samej barierce, Albus skrzywił się ze strachu, ale do zderzenia nie doszło. Wynurzyli się na peronie numer dziewięć i trzy czwarte, zasnutym gęstym, białym dymem buchającym z czerwonej lokomotywy Ekspresu Hogwart. Niewyraźne postacie tłoczyły się w tych białych oparach, w których zniknął już James.

- Gdzie oni są? - zapytał z niepokojem Albus, gdy szli peronem w stronę pociągu.

- Nie bój się, zaraz ich znajdziemy - zapewniła go Ginny. Ale w gęstych oparach trudno było rozróżnić twarze. Oderwane od ludzi głosy brzmiały nienaturalnie donośnie.

Harry'emu zdawało się, że usłyszał, jak Percy robi komuś wykład na temat przepisów użycia mioteł, więc rad był, że nie musi się zatrzymywać...

- To chyba oni, Al - powiedziała nagle Ginny.

Z mgły wyłoniły się cztery postacie stojące przy ostatnim wagonie. Harry, Ginny, Lily i Albus rozpoznali ich twarze dopiero, gdy do nich podeszli.

- Cześć! - zawołał Albus z wyraźną ulgą. Rose, już ubrana w nowiutką szatę uczniów Hogwartu, powitała go promiennym uśmiechem.

- Więc udało ci się zaparkować? - zapytał Harry'ego Ron. - Bo mnie tak. Hermiona nie wierzyła, że zdam egzamin na mugolskie prawo jazdy. Myślała, że będę musiał rzucić na egzaminatora zaklęcie Confundus.

- Ron i Hermiona jednak są małżeństwem? – zdziwił się Syriusz. - Nie kibicowałem im. W ogóle do siebie nie pasują!

- A ja uważam, że to słodkie i już od trzeciej klasy było widać, że mają się ku sobie - powiedziała Lily.

- Kobiety – sapnął James. - Widzą coś, czego faceci nie potrafią.

- Wcale nie - powiedziała Hermiona. - Bezgranicznie w ciebie wierzyłam.

- Prawdę mówiąc, ja go rzeczywiście skonfundowałem - szepnął Ron Harry'emu, gdy razem ponieśli kufer Albusa i klatkę z sową do wagonu. - Zapomniałem o tym bocznym lusterku. A czy to takie ważne? Zawsze mogę użyć zaklęcia superczujnikowego.

Wrócili na peron i zastali Lily i Hugona, młodszego brata Rose, rozprawiających z ożywieniem o tym, do którego domu trafią, gdy w końcu i oni pójdą do szkoły.

- Uroczo – stwierdziła Evans.

- Jak nie trafisz do Gryffindoru, to cię wydziedziczymy - powiedział Ron. - Ale nie nalegam.

- Ron!

Lily i Hugo zaśmiali się, ale Albus i Rose mieli poważne miny.

- On tylko tak żartuje, przecież go znasz - powiedziały chórem Hermiona i Ginny.

Uwagę Rona pochłonęło już coś innego. Zerknął znacząco na Harry'ego i pokazał mu coś głową. Gęsta para rozwiała się na chwilę i jakieś pięćdziesiąt jardów od nich wyłoniły się z niej trzy postacie.

- Zobaczcie, kto tam stoi.

A stał tam Draco Malfoy z żoną i synem, w czarnej pelerynie zapiętej pod szyją. Włosy trochę mu się przerzedziły, co uwydatniło ostro zakończony podbródek. Jego syn był tak podobny do niego, jak Albus do Harry'ego. Draco spostrzegł, że Harry, Ron, Hermiona i Ginny patrzą na niego, ukłonił się sztywno i odwrócił.

- Ale arystokracko – zakpił Syriusz, za co Lily spiorunowała go wzrokiem. Mimo wszystko polubiła Dracona jako postać i współczuła mu niektórych rzeczy, które wydarzyły się w jego życiu.

- A więc to jest ten mały Scorpius - mruknął pod nosem Ron. - Rose, musisz być od niego lepsza we wszystkim. Dzięki Bogu odziedziczyłaś inteligencję po matce.

- Idiota – podsumował James. - To palant. Jak ona z nim wytrzymuje?

- Na miłość boską, Ron! - powiedziała Hermiona, trochę rozbawiona, ale i trochę rozeźlona. - Musisz od razu napuszczać ich na siebie? Jeszcze nawet nie są w szkole!

- Masz rację, przepraszam - odrzekł Ron, ale nie mógł się powstrzymać, by nie dodać: - Ale za bardzo się z nimi nie zaprzyjaźniaj, Rose. Dziadek Weasley nigdy by ci nie wybaczył, gdybyś wyszła za mąż za czarodzieja czystej krwi.

- Hej!

Pojawił się James. Pozbył się już swojego kufra, sowy i wózka i najwyraźniej kipiał od nowin.

- Teddy tam jest - powiedział jednym tchem, wskazując przez ramię na kłęby pary za sobą. - Właśnie go widziałem! I zgadnijcie, co robi! Całuje się z Victorie!

James i Syriusz zachichotali. Remus zaś wywrócił oczami.

Spojrzał ze złością na dorosłych, najwyraźniej zaskoczony ich brakiem reakcji.

- Nasz Teddy! Teddy Lupin! Obściskuje się z nasza Victoire! Naszą kuzynką! Zapytałem go, co robi...

- Przerwałeś im? - żachnęła się Ginny. - Jesteś taki sam jak Ron...

Wszyscy bez wyjątku parsknęli śmiechem.

- ...a on mi powiedział, że ją odprowadza! I żebym spływał! Całuje się z nią! - dodał, jakby się obawiał, że nie wyraził się jasno.

- Och, byłoby cudownie, gdyby się pobrali! - szepnęła Lily. - Teddy stałby się naprawdę członkiem naszej rodziny!

- Już i tak przychodzi na obiad cztery razy w tygodniu - zauważył Harry. - Może po prostu zamieszka z nami i będzie spokój, co?

- No pewnie! - zawołał z entuzjazmem James. - Mogę nawet spać z Alem... Teddy mógłby zająć mój pokój!

- Nie - powiedział stanowczo Harry - ty i Al zamieszkacie w jednym pokoju dopiero wtedy, kiedy zechcę, by zdemolowano mi dom.

Syriusz wybuchnął tak gromkim śmiechem, że musiał ukryć twarz w poduszce, by Lily mogła dalej czytać.

Spojrzał na stary, wysłużony zegarek, który kiedyś należał do Fabiana Prewetta.

- Dochodzi jedenasta, wsiadajcie.

- I nie zapomnij ucałować od nas Neville'a! - powiedziała Ginny, ściskając Jamesa.

- Mamo, przecież nie mogę całować profesora!

- Przecież go dobrze znasz...

James spojrzał wymownie w górę.

- Tutaj tak, ale w szkole jest panem profesorem Longbottomem. Nie mogę wejść na lekcję zielarstwa i powiedzieć, że chcę go ucałować...

Syriusz zaniósł się śmiechem po raz drugi.

- Czy to nie cudowne, że Neville ułożył sobie życie? - zapytała Lily, ignorując Syriusza.

Kręcąc głową nad głupotą matki, dał upust swoim uczuciom, kopiąc Albusa w łydkę.

- To do zobaczenia, Al. Uważaj na testrale.

- Myślałem, że są niewidzialne! Sam mówiłeś, że są niewidzialne!

Ale James tylko parsknął śmiechem, po czym pozwolił się matce pocałować, uściskał ojca i wskoczył do szybko zapełniającego się pociągu. Pomachał im od drzwi i wkrótce zobaczyli, jak pędzi korytarzem, szukając swoich przyjaciół.

- Testrali nie trzeba się bać - powiedział Albusowi Harry. - Są to bardzo łagodne stworzenia, nie ma w nich nic strasznego. Zresztą i tak nie będziecie jechać do szkoły powozami, tylko popłyniecie łodziami.

Ginny pocałowała Albusa na pożegnanie.

- Zobaczymy się na Boże Narodzenie.

- Trzymaj się, Al - powiedział Harry, gdy syn przytulił się do niego. - Pamiętaj, że Hagrid zaprosił cię w przyszły piątek na herbatkę. Nie zadawaj się z Irytkiem. Nie wyzywaj nikogo na pojedynek, dopóki się nie nauczysz, jak to się robi. I nie daj się prowokować Jamesowi.

- A jak trafię do Slytherinu?

- Tylko spróbuj – syknął Rogacz.

- James! - skarciła go Lily. - Nie wszyscy Ślizgoni są tak źli, jak uważasz!

- W mojej rodzinie wszyscy mają być Gryfonami. Amen!

To ostatnie zdanie wypowiedział szeptem, a Harry wiedział, że tylko sam moment rozstania zmusił go do zdradzenia, jak bardzo się boi.

Przykucnął, tak że twarz Albusa znalazła się trochę wyżej od jego twarzy. Spośród trójki dzieci tylko Albus odziedziczył oczy po Lily.

- Albusie Severusie

- CO?! - wykrzyknął James. Lily uśmiechnęła się słodko.

- powiedział tak cicho, że nie usłyszał tego nikt prócz Ginny, a ona taktownie udała, że macha ręką do Rose, która już wsiadła do wagonu - nosisz imiona po dwóch dyrektorach Hogwartu. Jeden z nich był Slizgonem i prawdopodobnie najdzielniejszym człowiekiem, jakiego znałem.

- Ale powiedz, że nie...

- Jeśli tak się stanie, to Slytherin zyska wspaniałego ucznia. Dla nas to nie ma znaczenia, Al, ale jeśli ma znaczenie dla ciebie, to będziesz mógł sam wybrać Gryffindor. Tiara Przydziału weźmie to pod uwagę.

- Naprawdę?

- Tak było w moim przypadku.

- Dlaczego nie możesz być taki Harry? - zapytała z oburzeniem Lily Jamesa. On zrobił tylko minę, jakby nie wiedział, o co jej chodzi i wzruszył ramionami.

Nigdy tego swoim dzieciom nie mówił i teraz dostrzegł zdumienie na twarzy Albusa. Ale po chwili wzdłuż czerwonego pociągu zaczęły trzaskać drzwi i rozmazane w białych oparach postacie rodziców rzuciły się w stronę wagonów: nadszedł czas ostatnich pocałunków i przypomnień. Albus wskoczył do wagonu, a Ginny zatrzasnęła za nim drzwi. W najbliższych oknach tłoczyli się uczniowie. Wiele twarzy, zarówno w pociągu, jak i na peronie, zwróciło się w stronę Harry'ego.

- Na co oni tak się gapią? - zapytał Albus, który razem z Rose wystawił głowę przez okno przedziału.

- Nie przejmuj się - odrzekł Ron. - Na mnie. Jestem bardzo sławny.

Kolejne parsknięcia śmiechem wypełniły wieżę.

Albus, Rose, Hugo i Lily wybuchnęli śmiechem. Pociąg ruszył, a Harry szedł peronem, patrząc na szczupłą twarz swojego syna, już zarumienioną z emocji. Uśmiechał się, machając do niego, choć trochę mu było żal, że musi się z nim rozstać.

Ostatnie kłęby pary rozwiały się w jesiennym powietrzu. Pociąg powoli zniknął za zakrętem. Harry wciąż unosił rękę w geście pożegnania.

- Da sobie radę - powiedziała Ginny.

Harry spojrzał na nią, opuścił rękę i z roztargnieniem dotknął nią blizny na czole.

- Wiem.

Od dziewiętnastu lat blizna nie zabolała go ani razu. Wszystko było dobrze.

Lily zamknęła z książkę i odłożyła ją na stoli, ocierając łezkę wzruszenia. Przygoda Harry'ego dobiegła końca, a teraz miała zacząć się ich własna. Jeszcze nie wiedziała, czy dadzą radę pokonać Voldemorta, ale wierzyła, że tak będzie. Wierzyła, że za parę lat świat będzie inny i nieterroryzowany przez strasznego czarnoksiężnika. Zabawę w kotka i myszkę czas zacząć. Ale kto tu jest kotem a kto myszką?


THE END


Zachęcam wszystkich do pozostawiania komentarzy!

2 komentarze: